Paweł Paczul: Ludzie lubią patrzeć na głupotę, a głupocie trzeba patrzeć na ręce [WYWIAD CKM]
Paweł Paczul to dziennikarz, który nie owija w bawełnę. Jednych irytuje, innych bawi, ale mało kto przechodzi obok niego obojętnie. W świecie pełnym ugrzecznionych komentarzy i zachowawczej opinii publicznej — on wali prosto z mostu. Z CKM-em rozmawia o tym, dlaczego Czesław Michniewicz nie podaje mu ręki i jak stał się internetowym komentatorem absurdów.

x.com/PawelPaczul
CKM: Drogi Pawle, co by nie mówić — żyjemy w świecie, w którym dziennikarzy jest bardzo wielu, bo w zasadzie każdy może nim zostać. Ale dziennikarzy, którzy są jacyś, jest, moim zdaniem, bardzo mało. Niezależnie od tego, czy ktoś Cię lubi, czy nie — jesteś jakiś. I tego nie da się podważyć. Zgadzasz się z tym?
Paweł Paczul: Nie będę sztucznie skromny — zgadzam się. Są tego plusy, są minusy. Czasem muszę się naczytać rzeczy o sobie, typu jaki to ja nie jestem... na przykład, że jestem jakimś mefedroniarzem (śmiech).
Po raz pierwszy powiem to publicznie właśnie Tobie: nigdy nie brałem narkotyków.
CKM: Czy jednym z tych minusów jest na przykład to, że Czesław Michniewicz nie podaje Ci ręki?
PP: Tego akurat bym nie nazwał minusem. To była w ogóle zabawna sytuacja. Michniewicz coś sobie ubzdurał. Podpiął slogan jakim jest “dobre wychowanie” pod mój rzekomy konflikt z nim. A to nawet nie był konflikt — on za konflikt uważał to, że go krytykowałem. I jeszcze ubrał to w narrację o dobrym wychowaniu. Nie wiem, czy człowiek, który na antenie Kanału Sportowegoi opowiada o prywatnych sprawach dziennikarzy, może być ekspertem od dobrego wychowania. Z perspektywy czasu wszystko to odbieram jako śmieszną, ale mimo wszystko ciekawą sytuację.
CKM: Byłeś kiedyś jako dziennikarz postawiony w sytuacji, w której musiałeś wybrać między rzetelnością a lojalnością wobec rozmówcy?
PP: Czasem jak z kimś rozmawiam, to ktoś mnie prosi, żebym o czymś nie pisał, bo np. dopina jakiś transfer. Czy to sytuacja konfliktowa? Raczej nie. On nie chce tego jeszcze ogłaszać publicznie — i ja to wtedy też zostawiam dla siebie. W tej pracy ważne jest, żeby dbać o relacje. Jak nie ma zgody drugiej strony, to… nie powiem Ci nic więcej.
CKM: Udało Ci się jako jednemu z nielicznych wyjść z bańki piłkarskiej. Stałeś się — zgryźliwie mówiąc — influencerem od spraw bieżących, często wykreowanych przez nowe media. Jak to się zaczęło? Skąd pomysł na rolki wyśmiewające ludzką głupotę?
PP: Zaczęło się od tego, że moja dziewczyna wierciła mi dziurę w brzuchu, żebym założył Instagram. Mówiła, że potrzebuję nowego medium, żeby się trochę uniezależnić i zadbać o własną markę.
Na początku wrzucałem tam filmiki o piłce — no ale one szły, wiesz, tak sobie. 20 tysięcy, 30 tysięcy wyświetleń…
Aż w końcu — nie wiem, czy to był pierwszy taki filmik — nagrałem rolkę o Annie Lewandowskiej i jej przepisach. I to naprawdę poszło szeroko. Pierwszy, drugi, trzeci odcinek — bardzo „żarło”.
Pomyślałem: kurde, zawodowo robię o piłce, mam ją na co dzień, ale chciałbym wyjść poza tę bańkę. Tym bardziej, że liczby były dużo lepsze — bo jednak polską ekstraklasą interesuje się ograniczona grupa osób.
I tak zacząłem to robić.
Nie chcę się porównywać, bo to inna skala, ale przykład Krzyśka Stanowskiego pokazuje, że jak wyszedł poza piłkę, to stał się — mam wrażenie — najpopularniejszym dziennikarzem w Polsce.
CKM: Jak oceniasz w ogóle twórczość Krzysztofa Stanowskiego? W tym procesie stał się trochę takim pierwszym dziennikarzem Rzeczpospolitej, jeśli można to tak nazwać. Ty widziałeś tę drogę, którą przeszedł?
PP: Poznałem go chyba w 2015, może 2016 roku, pod koniec 2015 to będzie blisko 10 lat.
Zaliczył niesamowity progres. Widziałem, jak dużo pracuje i jak dużo też wymaga od innych.
Zasłużył na miejsce, w którym jest, bo ma naprawdę świetny instynkt. Zaszachował wszystkich. No i jest teraz, tak jak mówiłem — na samym szczycie.
CKM: Wróćmy do Ciebie. Możesz się teraz nazywać pełną gębą influencerem?
PP: Ktoś mnie tak ostatnio nazwał z jakiegoś domu mediowego?
CKM: To się teraz brzydko kojarzy — „influencer”.
PP: Brzydko się kojarzy, ale… wszystko mi jedno. W zasadzie jakieś tam współprace mam. Możesz mnie tak nazywać, nie mam z tym problemu (śmiech).
CKM: Liczby, które kręcisz, są naprawdę potężne. Skąd ten fenomen zasięgów?
PP: Wydaje mi się, że ludzie lubią patrzeć na głupotę — szczególnie wtedy, gdy jest dobrze skomentowana. Lubią zobaczyć, jak ktoś wyśmiewa czyjąś głupotę. Skoro mnie obserwują, to może właśnie o to chodzi — że lubią ten komentarz.
Nie tylko ja to robię — jest masa kanałów, które też się tym zajmują i fajnie, że to robią. Bo dobrze, że ta głupota nie pozostaje bezkarna.
Mówię tu o tych coachach motywacyjnych, coachach finansowych, coachach podrywu… Dobrze, że ktoś im patrzy na ręce. Że nie ma już tej bezkarności w opowiadaniu bzdur.
CKM: A pamiętasz jakąś sytuację, która Cię tak kolokwialnie mówiąc "ztriggerowała"? Że zobaczyłeś coś, poszedłeś do drugiego pokoju i musiałeś nagrać, bo skala głupoty Cię po prostu przerosła?
PP: Tak. Bardzo mnie wkurwił pewien polityk, który opowiadał coś o aborcji. Polityk z piątego rzędu. Powiedział, że jego żona jest katechetką i że ona by wiedziała, jak się zachować itd. Generalnie — człowiek kompletnie z kosmosu, który nie ma pojęcia, o czym mówi.
CKM: Jak oceniasz kondycję polskiego commentary i dziennikarstwa? Czy nie jest zbyt wygładzone? Za delikatne?
PP: Nie. Wydaje mi się, że commentary w Polsce jest dobrze osadzone. Ludzie nie szczypią się w język. Śledzę kilka kont i dobrze się to ogląda.
Na Kanale Zero commentary jest bardzo mocne i po ich liczbach widać, że to się świetnie klika. Więc nie, nie jest źle.
CKM: Chciałem zapytać o dziennikarstwo sportowe i nie tylko — w erze social mediów, rolek, TikToków. Granica między twórcą a odbiorcą się zatarła. Teraz każdy może nagrać coś i mieć ogromną publikę. Nawet kiedy chce przekazać kompletną bzdurę. To dobrze czy nie?
PP: Uważam, że to dobrze. Jak słucham starszych dziennikarzy, jak wyglądały dawne czasy, to wiesz — można było napisać dowolną głupotę w gazecie.
Co najwyżej ktoś zadzwonił do redakcji i został spuszczony na drzewo.
A teraz? Teraz każdy farmazon może zostać natychmiast wyjaśniony. I bardzo dobrze, że jest reakcja. To pomaga oddzielać treści wartościowe od bełkotu.
Pomaga słuchać tych, którzy faktycznie się na czymś znają — a nie tych, którym tylko wydaje się, że się znają.
CKM: Chciałbyś na koniec przekazać coś naszym czytelnikom?
Paweł Paczul: Starajcie się faktycznie sprawdzać fakty i nie wierzyć we wszystko, co widzicie w internecie.
Sam czasem się łapię na tym, że scrolluję coś na X (dawny Twitter) i myślę: „Skandal!”. A potem wczytuję się w temat głębiej i okazuje się, że to nie do końca tak.
Warto wszystko sprawdzać, żeby nie wyrobić sobie błędnej opinii o kimś czy o czymś, bo ktoś coś wrzucił do sieci. Teraz każdy może wrzucić wszystko.
Więc warto myśleć. Zawsze było warto myśleć.
Twój komentarz został przesłany do moderacji i nie jest jeszcze widoczny.
Sprawdzamy, czy spełnia zasady naszego regulaminu. Dziękujemy za zrozumienie!
Nie żyje Sam Neill. Gwiazdor „Parku Jurajskiego” miał 78 lat
Dawid Kubacki został ojcem po raz trzeci. Znamy płeć i imię dziecka
Nie żyje Wai Ching Ho. Grała w produkcjach Marvela
Smutna wiadomość o Mai Chwalińskiej. To koniec nadziei
Prognoza modowa – nadchodzi nowy sezon, czyli jakie buty męskie 2026 trendy zdominują miejskie ulice?

