NBA: LeBron James i Golden State Warriors to maszyny – czwarty rok z rzędu mamy ten sam finał

To powoli robi się już nudne. Dystans dzielący resztę najlepszej koszykarskiej ligi świata od tych dwóch zespołów (a w zasadzie – jednego zespołu i jednego koszykarskiego cyborga) to jakiś kosmos.
nba.jpg

W NBA występuje 30 zespołów. Każdy z nich to absolutna elita koszykówki, która byłaby w stanie zjeść bez popijania w zasadzie dowolny zespół z dowolnej innej ligi świata. Lecz wśród tych 30 zespołów są dwa, które nawet w NBA są bezkonkurencyjne. Chodzi o Golden State Warriors i Cleveland Cavaliers.

Golden State Worriors – siła drużyny
Pierwszy z nich to w sumie czterokrotni mistrzowie najlepszej koszykarskiej ligi z czego podwójni na przestrzeni ostatnich czterech lat (sezony 2014/15 i 2016/17). To zespół, który w drugiej dekadzie XXI wieku odmienił oblicze basketu i narzucił reszcie NBA swój własny styl oparty na rzutach trzypunktowych, szybkim ruchu piłki i grze niższą piątką bez klasycznego centra. System ten – i jego egzekucja w wykonaniu czterech gwiazd drużyny: Stephena Curry'ego, Kevina Duranta, Klaya Thompsona i Draymonda Greena – okazał się na tyle efektywny, że Wojownicy od wspomnianego sezonu 2014/15 są stałym gościem finałów NBA.

LeBron James – drużyna to on
Z drugiej strony natomiast mamy LeBrona „The Kinga” Jamesa. Ten facet to po prostu cyborg, android, maszyna koszykarska. Wielu powoli po cichu przebąkuje, że jest już lepszym zawodnikiem niż Michael Jordan i w sumie coś w tym jest.

Odkąd „Król” w sezonie 2010/2011 przeszedł do Miami Heat nie było sytuacji, by nie znalazł się w finałach NBA. Najpierw czterokrotnie właśnie z Miami (dwa razy zdobył mistrzostwo w sezonach 2011/12 i 2012/2013), po czym trzykrotnie w Cleveland Cavaliers. W międzyczasie zdążył też zdobyć mistrzostwo z Cleveland, po dramatycznych finałach 2016/17, podczas których jego zespół przegrywał już z Warriors 3-1, by ostatecznie wygrać 4-3.

Sezon 2017/2018

W obecnym sezonie, czyli 2017/18, mamy powtórkę z rozrywki. Dla Wojowników są to czwarte z rzędu finały, podczas gdy dla LeBrona – w sumie ósme z kolei, z czego czwarte właśnie w Cleveland. I to wszystko pomimo tego, że oba zespoły w trakcie sezonu zasadniczego grały w kratkę.

Golden State trapione kontuzjami i nasycone sukcesami po raz pierwszy od 4 lat po 82 meczach zajmowało drugie miejsce w Konferencji Zachodniej (pierwsze było Houston). W playoffs dokręcili jednak śrubę i udało im się wywalczyć kolejne finały. Na drodze do nich Wojownicy pokonali właśnie znakomite Houston, New Orleans Pelicans i pięciokrotnych mistrzów San Antonio Spurs.

Cleveland z kolei w połowie sezonu przeszło drugą na przestrzeni roku gruntowną przebudowę – wymieniono wówczas aż 6 kluczowych graczy. To dodało drużynie sporo nowej energii, jednak starczyło jedynie na czwarte miejsce w Konferencji Wschodniej. Tyle że w Cleveland wciąż pozostał LeBron, który w playoffs wziął cały zespół na swoje szerokie barki i nadludzkim wręcz wysiłkiem wepchnął do finałów (James zaliczył m.in. 7 meczów z dorobkiem powyżej 40 punktów).

Finały NBA

W finałach zobaczymy więc dwa krańcowo różne zespoły. Drużynę z prawdziwego zdarzenia – Golden State Warriors – napakowaną talentem, z doskonałym systemem gry, w którym każdy element działa jak w szwajcarskim zegarku. Mamy też Cleveland, czyli średni zespół, na czele którego stoi jednak prawdopodobnie najwybitniejszy koszykarz wszech czasów (a na pewno XXI wieku), cudotwórca, absolutny geniusz, który w pojedynkę jest w stanie odmienić losy każdego meczu.

Logicznie i obiektywnie rzecz biorąc Warriors zapewne wygrają tę serię i to w granicach 4-0, 4-1. Tyle że gdy LeBron jest na boisku, to wszelkie prawa logiki i obiektywizmu przestają obowiązywać i tak naprawdę może zdarzyć się wszystko. Pytanie tylko, czy Jamesowi starczy sił, by po raz drugi wyrwać z gardła mistrzostwo machinie Warriors. Przecież nawet on jest tylko człowiekiem. Chyba.

Dodał(a): Jakub Rusak/ fot. Instagram Wtorek 29.05.2018

Komentarze

Wszystkie komentarze

Awatar
Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.
Komentarze (0)