10 facetów, którzy przeżyli własną śmierć – niektórzy parę razy

Człowiek może być nieśmiertelny i jest w stanie przetrwać wszystko! Nie wierzysz? To poznaj przykłady farciarzy, których, pomimo usilnych prób, nie zdołali zabić ani inni ludzie, ani siły natury. Artykuł ukazał się w magazynie CKM nr 01/2015
Bez tytułu.jpg

Pociąg–gilotyna
Praca zwrotnicowego na kolei jest ciężka, odpowiedzialna i – jak podkreśla Truman Duncan – ekstremalnie niebezpieczna. Amerykanin ma na to żywe dowody, gdyż jest jedyną znaną medycynie osobą, która nie zmarła po przecięciu na pół. Naprawdę!

Wszystko wydarzyło się kilka lat temu, gdy ten 40–latek z Teksasu wpadł pod koła rozpędzonego pociągu, które zgilotynowały jego ciało na wysokości pasa. Kolejarz do samego końca nie stracił przytomności i zdołał zadzwonić na pogotowie ratunkowe, a w czasie gdy ekipa ratownicza wyciągała go spod pociągu (trwało to ponad 45 minut), uciął sobie kilka pogawędek telefonicznych z rodziną. Jak się okazało, pechowcowi–szczęściarzowi wystarczyło kilkadziesiąt operacji, aby stanąć na nogi. Może nie dosłownie (bo obie dolne kończyny utracił bezpowrotnie, podobnie jak jedną z nerek), lecz dziś znów cieszy się życiem, uprawiając sport i pracując za biurkiem.

19 pocisków
Oto historia człowieka, który przeżył jedną z najsłynniejszych strzelanin w historii USA: w 2006 r. nieumundurowani nowojorscy funkcjonariusze przerwali wieczór kawalerski 23–letniego Seana Bella, odbywający się w jednym z klubów w dzielnicy Queens. Przyszły pan młody wraz z dwoma kolegami starał się uciec policjantom, jednak ich samochód został staranowany przez wóz NYPD i zasypany huraganowym ogniem – w sumie mundurowi wpakowali w auto 50 pocisków, zabijając na miejscu Seana oraz raniąc Trenta Benefielda (24 l.) i Josepha Guzmana (32 l.). Większość kul, w sumie 19 pocisków zebrał ten drugi. Twardziel z kryminalną przeszłością nie przejął się za bardzo faktem, iż wygląda jak rzeszoto (postrzały od nóg po twarz) i próbował jeszcze uciec policjantom na piechotę, ale pokaźna ilość ołowiu w ciele nieco spowolniła jego kroki. Przeżył i do dziś głosi światu wieści o brutalności nowojorskiej policji.

Żołnierz przeciwpancerny
Nawet jeżeli przetrwanie ostrzału 9-milimetrowymi kulami pistoletowymi nie robi na tobie wrażenia, to co powiesz na przeżycie bezpośredniego trafienia pociskiem z granatnika przeciwpancernego? Taki wyczyn może sobie wpisać do CV szeregowy Channing Moss, amerykański żołnierz przebywający na misji wojskowej w Afganistanie. W 2006 r. wraz z towarzyszami broni odbywał patrol w pobliżu granicy z Pakistanem. W pewnym momencie grupa czterech pojazdów Humvee została zaatakowana przez Talibów. W trakcie wymiany ognia Channing poczuł nagły ból w lewej części ciała, a gdy spojrzał tam, zorientował się, że w jego bok wbił się 2,6–kilogramowy pocisk z radzieckiego granatnika RPG–7. Przeciwczołgowa głowica pękła na dwie części, lecz nie eksplodowała, więc fuksiarski szeregowy został ewakuowany z pola bitewnego i uratowany.

Trzy dni w kupie

„Weterana II wojny światowej nie złamie nawet morze gówna, choć muszę przyznać, że przeżyłem iście biblijne piekło” – tymi żołnierskimi słowami pan Coolidge Winesett z amerykańskiego stanu Wirginia skwitował swą przerażającą przygodę. Pewnego dnia pod tym mieszkającym na odludziu emerytowanym woźnym szkolnym załamała się zmurszała podłoga jego liczącego kilkadziesiąt lat wychodka na podwórzu – i Coolidge wpadł do głębokiego dołu z ekskrementami. Wydostanie się z takiej opresji byłoby trudne nawet dla Beara Gryllsa, a co dopiero dla 75–letniego inwalidy, pozbawionego części nogi oraz władzy w jednej z rąk. Amerykanin musiał walczyć nie tylko ze smrodem, głodem i pragnieniem, lecz także szczurami, wężami i jadowitymi pająkami. Jednak przetrwał i po trzech dniach został uratowany przez listonosza.

Oszukać przeznaczenie 7
Jeśli wydaje ci się, że jesteś prawdziwym szczęściarzem, bo właśnie wygrałeś w supermarketowym konkursie zestaw garnków, to co powiesz na historię człowieka, któremu udało się oszukać przeznaczenie siedem razy? Skrócona historia życia chorwackiego muzyka Frane Selaka brzmi: rok 1962 – pociąg, którym jedzie, wpada do rzeki zabijając 17 osób. 1963 – w samolocie z Zagrzebia do Rijeki odpadają drzwi i Frane zostaje wyssany na zewnątrz, po chwili maszyna się rozbija, ginie 19 osób, natomiast on ląduje bezpiecznie na stogu siana. 1966 – pan Selak jedzie autobusem, który wpada do koryta rzeki, są 4 ofiary śmiertelne, jemu nie dzieje się żadna krzywda. 1970 – samochód muzyka zaczyna się palić, po chwili eksploduje, naszemu nieśmiertelnemu udaje się wyskoczyć z maszyny w ostatnim momencie. 1973 – zapala się kolejne auto Frane, lecz ten znów umyka śmierci z niegroźnymi oparzeniami. 1995 – superchorwat zostaje potrącony przez rozpędzony autobus. 1996 – auto Frane spada w przepaść, jednak ten wyskakuje z niego w locie i nie ginie... A jaki jest finał tej historii? W 2003 r. nasz szczęściarz wygrywa na loterii równowartość 3,4 mln zł!

Gromowładny
Także siedmiokrotnie zagrał kostusze na nosie Roy Sullivan, strażnik leśny z amerykańskiego parku narodowego Shenandoah, rocznik 1912. Tyle razy bowiem w ciągu trzydziestoletniej kariery zawodowej został trafiony piorunem. Za każdym razem uderzenie 50 milionów woltów, które zazwyczaj kończy się makabryczną śmiercią, nie dawało rady krzepkiemu „Żywemu Piorunochronowi”, jak zaczęto go nazywać. Jak wspominał Roy, żaden z wypadków nie kończył się poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi, a największym problemem w takich sytuacjach była konieczność wymiany zwęglonego munduru na nowy. Historia nie kończy się jednak happy endem – w roku 1983 Sulliwan osobiście dokonał tego, co nie udało się siłom natury: zabił się sam, choć do popełnienia samobójstwa użył strzelby, a nie prądu elektrycznego.

Bardzo swobodne spadanie
Spadochron wcale nie jest potrzebny spadochroniarzowi do bezpiecznego lądowania. Udowodnił to wypadek Michaela Holmesa w okolicach nowozelandzkiego jeziora Taupo. Osiem lat temu ten śmiałek, cieszący się opinią jednego z najlepszych skoczków świata, przeżył chwile grozy, które były w stanie przerazić nawet człowieka mającego na koncie ponad 8000 podniebnych wyczynów. Michael wyskoczył z samolotu na wysokości 3600 m, aby po chwili zorientować się, że jego spadochron główny nie zamierza się otworzyć. Podobnie zachowała się także czasza zapasowa, która otworzyła się tylko w niewielkiej części. Cały lot był rejestrowany przy pomocy kamery zamontowanej na kasku Holmesa, dzięki temu można zobaczyć zbliżającą się ziemię oraz usłyszeć, jak ten żegna się już ze światem. Krótkie przedśmiertne przemówienie okazało się falstartem, ponieważ po kilkudziesięciu sekundach spadania Michael walnął w ziemię z prędkością ponad 160 km/h, lecz - choć był oszołomiony, miał złamaną kostkę i płuco przebite złamanym żebrem – żył. Fartownie wpadł w gęste krzaki jeżyn, które przejęły znaczną część energii.

Pan szubienic
Ta historia jest stara, ale nie straciła nic z dramatyzmu. W 1884 r. miejscowością Babbacombe w Anglii wstrząsnęła przerażająca zbrodnia – dom panny Emmy Keyse stanął w płomieniach, po ugaszeniu których w środku znaleziono jej zwłoki. Okazało się, że podpalenie miało być jedynie zasłoną dymną, gdyż wcześniej właścicielce kilkukrotnie zadano brutalne ciosy toporem w głowę i poderżnięto gardło. Szybkie śledztwo doprowadziło przed oblicze sądu jej służącego, Johna Lee. Dwudziestolatek został uznany winnym i skazany na karę śmierci przez powieszenie. Lecz dziwne rzeczy zaczęły dziać się podczas egzekucji w 1885 r.

Zapadnia szubienicy za nic nie chciała opaść pod Johnem, który trzykrotnie wkładał głowę w stryczek, po czym musiał ją wyjmować i schodzić z podestu, aby można było sprawdzić mechanizm zapadni. Ten za każdym razem działał idealnie aż do momentu, gdy stawał na nim skazaniec. Stróże prawa byli tak zdezorientowani niemożnością zabicia skazańca, że odesłali go do celi w mieście Exeter. Równie zaskoczony był sędzia, który zamienił Johnowi karę śmierci na dożywocie. Co więcej, w związku z wątpliwościami towarzyszącymi sprawie wyszedł on na wolność w 1907 r. i przeżył jeszcze niemal cztery dekady w zdrowiu i szczęściu.

Wodny świat
W roku 1958 przez alaskańską Zatokę Lituya przewaliło się jedne z największych tsunami, jakie zna historia ludzkości. Trzęsienie ziemi wyprodukowało falę wody, która sięgała od 30 do (wg niektórych obliczeń) 90 metrów wysokości (na zboczach gór otaczających zatokę ślady żywiołu sięgały.... 525 metrów!). Wcześniej tego dnia Howard Ulrich postanowił zabrać na wędkarską przejażdżkę łódką ośmioletniego syna. Jak wspominał później, usłyszeli grzmot przypominający eksplozję bomby atomowej, po czym w oddali zauważyli zbliżającą się z prędkością niemal 120 km/h masę wody, zmieszanej z potężnymi kawałkami skał, wyrwanymi z brzegów. Czasu wystarczyło tylko na szybką modlitwę (syn) i pociągnięcie whisky dla kurażu (ojciec), po czym pozostało jedynie zacisnąć zęby i czekać na rozwój wydarzeń. Masa wody porwała łódź, aby bezpiecznie opuścić ją... ponad 11 kilometrów dalej. Żadnemu z Ulrichów nic się nie stało.

Trąba grozy
Przypomnij sobie swoją najbardziej szaloną przejażdżkę w życiu, przemnóż tę adrenalinę przez miliard, a i tak będzie to niczym w porównaniu z tym, czego dokonał w 2006 r. 19–letni wówczas Matt Suter z amerykańskiego stanu Missouri. Pewnego dnia okolicę nawiedziło potężne tornado, które uderzyło w przyczepę, w której mieszkał wraz z babcią i wujkiem. Uciekający chłopak uderzył się w głowę i stracił przytomność, a jego ciało wessała wiejąca z prędkością niemal 250 km/h trąba powietrzna, uniosła je i rzuciła na odległość 400 metrów. Po wszystkim okazało się, że Matt nie odniósł żadnych poważnych obrażeń i jest w stanie trafić do ksiąg rekordów w kategorii ludzi, którzy przetrwali porwanie przez tornado.

Artykuł ukazał się w magazynie CKM nr 01/2015


Dodał(a): Michał Jośko/ fot. istockphoto.com Sobota 02.02.2019