Web Story

Dymitry Głuszczenko, twórca bijącego rekordy popularności serwisu Kwejk.pl, o suchych dowcipach, rosyjskich szaszłykach i driftowaniu na zamarzniętych jeziorach.

Dymitry GłuszczenkoCKM: Śmieszą cię żarty z informatyków? W końcu jesteś jednym z nich...
Dymitr Głuszczenko: Jestem i nie jestem. Zacząłem naukę w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych, ale jej nie skończyłem. Wiedziałem, że nie chcę być programistą. W Lublinie, gdzie się wychowałem, miałem kumpli, którzy wymiatali na kompach, programowali fajne rzeczy. Szybko zrozumiałem, że nigdy nie będę tak dobry, jak oni. Ale chciałem pracować na t y m rynku, więc wiedza informatyczna na co dzień mi się przydaje.

CKM: A internautów dowcipy o informatykach jeszcze śmieszą czy już nie?

Dymitr Głuszczenko: To już raczej suchar. Ostatnio znowu je widziałem, na szczęście na Bashu (serwis z dowcipami bash.org.pl – przyp. red.), a nie u siebie (śmiech).

CKM: Co w takim razie  śmieszy dzisiaj Polaków?

Dymitr Głuszczenko: Cały świat śmieje się z podobnych rzeczy. Tyle że jeszcze dwa lata temu w Polsce nie było takiego humoru, mieliśmy tylko smutne suchary. Jak zacząłem wchodzić na Tumblera i oglądać tego typu żarty, pomyślałem sobie „ale fajne”. Nawet tak proste rzeczy jak zdjęcie z absurdalnym podpisem, np. dziewczyna je czekoladkę, a pod tym podpis: „czołgi są zajebiste” – to jest śmieszne, bo jest to abstrakcja! Już wtedy taki humor był na całym świecie, ale w Polsce jeszcze nie.

kwejk_dossier.jpgCKM: A potem pojawił się Kwejk... Ile czasu musi minąć, zanim świeży dowcip zamieni się w suchara?

Dymitr Głuszczenko:
Bardzo niewiele, to kwestia dni. Najbardziej chwytają rzeczy najnowsze. Dobry przykład to skok Felixa Baumgartnera (rozmawialiśmy dzień przed historią z dachem Stadionu Narodowego – przyp. red.). Przed skokiem, w trakcie i po pojawiały się memy. Wczoraj wieczorem, dwa dni po skoku, jeden z moderatorów spytał mnie, czy może wrzucić coś na ten temat. Dwa dni po fakcie? Za późno. Temat został wyeksploatowany.

CKM: Co twoim zdaniem jest totalnym sucharem w kategorii rozrywki?

Dymitr Głuszczenko:
Ewa Drzyzga, wysoko w czołówce. Filmy typu „Kac Wawa”...

CKM: A kabarety? Moralny niepokój, Mru mru?

Dymitr Głuszczenko:
Ich akurat lubię. I Halama, on jest super. Po raz pierwszy zetknąłem się z nim kilkanaście lat temu, nazywało się to wytwórnia AYOY, robił w telewizji megasuche, ale zabawne skecze.

CKM: Sam wybierasz to, co ma trafić na stronę główną Kwejka?

Dymitr Głuszczenko:
Już nie robię tego sam. Jesteśmy największym serwisem rozrywkowym w Polsce, z ponad dziesięcioma milionami unikalnych użytkowników. Nie dałbym rady. Robiłem to przez półtora roku, miałem ludzi do pomocy, ale sam wolałem dopilnować, co będzie na stronie głównej. W końcu dotarło do mnie, że muszę zająć się innymi sprawami i rozwijać biznes. Moderowanie zabiera dużo czasu. Stworzyłem team i teraz on się tym zajmuje. Od pół roku już tego nie robię. Oczywiście, sprawdzam Kwejka i czasami lecą  łby, bo moderatorzy przeginają.

CKM: Dlaczego Kwejk odpalił?

Dymitr Głuszczenko:
Serwis internetowy musi być maksymalnie prosty. Kiedyś mój znajomy powiedział mi tak: Groupon, którego znamy, to piąta odsłona serwisu. Przed nią były cztery niewypały, odpaliła dopiero piąta. A wiesz dlaczego? Bo poprzednie były skomplikowane. Zadziałała dopiero formuła: jeden produkt, jedno miasto, ograniczony czas, kupuj albo spadaj.

CKM: Ile było wersji Kwejka?

Dymitr Głuszczenko:
Jedna. Moje projektowanie Kwejka wyglądało tak: czarne tło, na górze napisałem „Nieskończona ilość śmieci z internetu”, poniżej dałem obrazki, przycisk „share”, paginacja na dole strony i koniec. Wrzuciłem stronę i dałem link znajomej, ona to udostępniła, potem kolejna osoba i kolejna, i tak poszło. Powstał wiral maksymalny.

CKM: Ile kosztował Kwejk?
Dymitr Głuszczenko: Pięćset złotych. Jeszcze doszły koszty serwerów, na początku dwa tysiące miesięcznie, potem więcej.

CKM: Pojawiasz się znikąd i odnosisz wielki sukces. Otacza cię zawiść i niechęć środowiska?

Sonda

Najczęściej wchodzę na:


Dymitr Głuszczenko: I jeszcze do tego Rosjanin... Zawiść i niechęć nie, ale opinie bywają różne. Niektórzy twierdzą  że jestem dzieckiem szczęścia, że to strzał z gatunku tych, które zdarzają się raz na miliard przypadków. To prawda, ale Facebook też był strzałem, Onet był strzałem, Fotka.pl – podobnie. Jednak oprócz pomysłu ważne jest też to, co się w nim „zadzieje”.

CKM: Zdarzyło ci się używać argumentu „Jestem z Kwejka” podczas rozmowy z piękną kobietą przy barze?

Dymitr Głuszczenko: Może kiedyś (śmiech).

CKM: Jak reagują kobiety?

Dymitr Głuszczenko: Najczęściej nie wierzą, że to ja. Muszą wygooglować, aby się upewnić, że nie ściemniam (śmiech).

CKM: Co to znaczy „kwejk”?

Dymitr Głuszczenko: W liceum grałem dużo w Quake’a. Mój kumpel miał na komputerze hasło „kwejk”. A wtedy nie wiedziałem, jak wymawia się nazwę gry, „Kłejk” czy „Kwejk”. I tak się to utarło.

CKM: Ile jesteś w stanie wytrzymać bez sieci?

Dymitr Głuszczenko: Mam teraz remont w domu, ostatnio robotnicy coś popsuli i wywaliło wszystkie korki. Wróciłem wieczorem, a tu ciemno. Zapaliłem świeczki, zrobiłem herbatę z rumem, usiadłem i pomyślałem,  że jest super. Godzinę byłem bez internetu. I było fajnie.

CKM: Godzina to bardzo niewiele...

Dymitr Głuszczenko: Od pół roku mogę zrobić sobie trzy dni przerwy i nic się nie stanie. Mam menedżerów, tylko sprawdzam jak idzie.

CKM: A ty w tym czasie szalejesz za kółkiem. Choć mało brakowało, byś skończył jako inwalida...

Dymitr Głuszczenko: Zaczęło się od motocykla, „sześćsetki” Kawasaki, potem był „dzwon” i w ten sposób zakończyłem przygodę z jednośladami. Chciałbym nimi jeździć, ale martwię się na samą myśl o tym. Manetka potrafi mi się odkręcić, a teraz pewnie kupiłbym „litra” i to byłoby niebezpieczne. Moja „sześćsetka” miała 80 KM, a i tak była szybsza od większości samochodów. Potrafiłem szaleć i postanowiłem, że lepiej zrezygnować z motocykli.

CKM: Gdzie miałeś wypadek?

Dymitr Głuszczenko: Jechałem do Lublina, pierwszy raz w długiej trasie. Chciałem wyminąć gościa, odwróciłem głowę, bo lusterka motocyklowe mają duże martwe pole. Jak znowu spojrzałem do przodu, gość hamował. Nacisnąłem przedni hamulec i zrobiłem salto, a na koniec motocykl spadł na mnie. Miałem szczęście, tylko pęknięty kask, uraz kręgosłupa szyjnego, stłuczenie barku. Lekarz z karetki powiedział: myśleliśmy, że pana „urwało” (śmiech). Ze szpitala wypuścili mnie tego samego dnia.

CKM: Ty jednak jesteś dzieckiem szczęścia...
Dymitr Głuszczenko: I potem pojawiły się samochody, trochę za sprawą mojego wspólnika, Krzyśka, który jest niesamowitym talentem motoryzacyjnym.

CKM: Szutry czy asfalt?

Dymitr Głuszczenko: Asfalt. I śnieg. W tym roku pojechałem na Porsche Camp do Finlandii, zrobiłem sto pięćdziesiąt kilometrów driftem, na zamarzniętym jeziorze. Jeździliśmy Porsche 911 4S, przez kilka dni cały czas kontra kierownicą. Mieliśmy też przejazdy z kierowcami fabrycznymi Porsche, w tym z mistrzem Finlandii w drifcie. Chłopak miał 17 lat, wsiadłem z nim do Cayenne Turbo i on mówi: panowie, teraz dziewięćdziesiąt procent driftu. I trzy kilometry jechał bokiem. Pędziliśmy osiemdziesiąt na godzinę po lodzie, patrzysz przed siebie i myślisz, że wóz pojedzie w lewo, gość kręci kierownicą i wóz jedzie w prawo. Magia.

CKM: Da się u nas jeździć po lodzie?

Dymitr Głuszczenko: Da się. Mazury zimą. Trzeba mieć opony z kolcami, jedziesz i katujesz samochód. Są ludzie, którzy organizują tam takie imprezy.

CKM: Co byś chciał mieć w garażu, gdyby cena nie grała roli?

Dymitr Głuszczenko: Na razie gra. Muszę dużo inwestować, bo nie wiadomo, jak będzie wyglądać przyszłość. Ze wspólnikiem mamy Mitsubishi Lancer Evo VI i Evo IX. Mieliśmy Nissana GT–R, ale sprzedaliśmy. A gdyby cena nie grała roli, chciałbym inwestować w takie kosmosy, jak Lambo Aventador. I w oldtimery.

CKM: Myślałeś o jakichś zawodach?

Dymitr Głuszczenko: Myślę o Gumballu. To fajna sprawa, wyścig i zarazem zabawa.
kwejk_share.jpg
CKM: Jako Rosjanin wychowany w Polsce czujesz się bardziej „stąd” czy „stamtąd”?

Dymitr Głuszczenko: Wyjechałem z Rosji, gdy miałem sześć lat. W Polsce skończyłem podstawówkę, liceum, kawałek studiów. Do Rosji jeżdżę raz w roku. Nigdy nie miałem problemów jako Rosjanin w Polsce. Mam nietypowe imię i nazwisko, wystarczyło się przedstawić. „Cześć, jestem Dymitr”. I od razu zaczynała się rozmowa – jak to, skąd.

CKM: Czy Kwejk zawojuje Rosję?
Dymitr Głuszczenko: Podjąłem taką próbę, ale zaniedbałem to, bo miałem wtedy masę spraw na głowie. Poza tym nie wiem, czy potrafię uchwycić rosyjskie poczucie humoru. Mówię płynnie po rosyjsku, ale slang internetowy już nie zawsze „łapię”. A bez tego może być ciężko. Będę jeszcze raz próbował wejść do Rosji z Kwejkiem, ale nie wiem, czy nie jest za późno.

CKM: Jedna rzecz z Rosji, której brakuje ci w Polsce?
Dymitr Głuszczenko: Szaszłyki. Tam są zupełnie inne niż tutaj. Może dlatego, że Rostów nad Donem, w którym mieszkałem, jest na południu, blisko Kaukazu. To wielkie kawałki cielęciny nadziewane na szpadki... Próbowałem robić takie tutaj, ale w ogóle się nie udają. To całkiem inny smak, nie umiem go opisać. Na samo wspomnienie robię się głodny!


Dodał(a): Rozmawiał: Andrzej Chojnowski Piątek 22.02.2013

Komentarze

Wszystkie komentarze

Awatar
Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.
Komentarze (0)